Minął prawie tydzień od czterdziestej rocznicy wprowadzenia Stanu Wojennego przez Wojciecha Jaruzelskiego. Pamiętam ten dzień. Niedziela, Polanica Zdrój, sanatorium "Leśny Ludek". To był mój trzeci pobyt w tym sanatorium, pierwszy zimową porą. Pamiętam że raczej wszyscy byli bardziej zainteresowani i przygnębieni tym że zabrakło" Teleranka", niż tym że wprowadzono jakiś tam Stan Wojenny. Humor porawił nam komunikat że dzisiaj nie nikt nie musi iść do kościoła i wydaje mi się że tylko jedna dziewczynka był tym przybita. Dostaliśmy tego dnia prezent. Na podwieczorek każdy dostał podwójną porcję ciasta, tak mniej więcej połowę blachy. Potem zaś odwiedzili nas komendant MO oraz proboszcz. Żyli raczej zgodnie, zwracali się do siebie po imieniu. Jeden pokazał parę technik z samoobrony, drugi opowiadał o ziółkach i jak je parzyć, zbierać oraz na co stosować. W sumie dzień uznaliśmy za udany. Następnego dnia nie było zajęć lekcyjnych. Dopiero w południe poinformowano nas następnego dnia również lekcji nie będzie dlatego że nauczyciela fizyki, chemii i matematyki zasztyletowano w drodze do pracy. Nie wiem jakim był człowiekiem, ale wszyscy go lubili i jako nauczyciel był, jak dla mnie, rewelacyjny. W domu zawsze miałem problemy z matematyką i fizyką, jednak po każdym pobycie w sanatorium, zaczynałem nagle wszystko rozumieć. Dlaczego został zamordowany? Może z tego powodu że prowadząc lekcje w długim fartuchu, zawsze miał w niego wpięty znaczek PZPR. Jak się przekonałem wkrótce na własnej skórze, to wystarczy dla tych ze znaczkiem NSZZ. W sobotę przyjechał po mnie ojciec i wróciłem do domu. To była chyba pierwsza spokojna podróż, bez awantur lekko podpitych pasażerów i bez panów budzących cały pociąg próbujących sprzedać piwo. I nadeszły Święta. Pierwsze i nie ostatnie w Stanie Wojennym, jednak pierwsze, zwłaszcza Wigilia utkwiła mocno w pamięci. Każdy by zapamiętał spędziwszy wieczór Wigilijny stojąc w kapciach w głębokim śniegu. Oczywiście nikt tego nie robił z własnego wyboru. I nie dlatego że wszyscy w bloku bali się uzbrojonych żołnierzy którzy wyprosili wszystkich przed budynek. Przyczyną byl znowu ktoś noszący ukryty pod koszulą znaczek NSZZ. Matka gotowała akurat pierogi, kiedy płomień w kuchence zaczął zanikać, co wywołało komentarz - Nie dość że zabierają światło to i zaraz gaz wyłączą. Gaz faktycznie został za chwilę wyłączony, ale to ze względów bezpieczeństwa. Ktoś pragnął zapiasać się na kartach historii i w piwnicy wybił ponoć główny zawór gazowy. Chciał w ten sposób wysadzić w powietrze połowę dowództwa portu wojennego które akurat tutaj zamieszkiwało. Wtedy akurat polityką wcale się nie interesowałem, zacząłem nieco w styczniu. Oczywiście ze względu na NSZZ. W styczniu, podczas zawieji śnieżnej wracałem ze szkoły przechodząc obok budowy, na której się nie budowało tylko strajkowało. Nawiasem mówiac był to najdłuższy strajk Nowoczesnej Europy. Jak się zaczął latem 1980, tak zakończył we wrześniu 1989. Zdarzały się wprawdzie przerwy w strajku okupacyjnym, ale były raczej krótkie, takie do tygodnia czasu. Najdłuższa przerwa w strajku miała miejsce w lipcu 1989 roku, kiedy to zdemonowano dźwig stojący przed moim budynkiem od wiosny 1979, o ile się nie mylę. Wracam więc do dmu, brnąc przez śnieg, a tutaj nagle pada coś przede mną w zaspę. Za chwilę znowu. Tym razem widziałem ze to jakiś kamień. I potem to już poszła lawina w towarzystwie jakiś pohukiwań. To strajkujący mnie zaatakowali sądząc że jestem oddziałem ZOMO. Chyba dlatego. Trafili mnie dwa razy, w nogę i szczękę. Ojciec zadzwonił na MO, przyjechali, spisali, i powiedzieli zę niewiele mogą zrobić, gdyż tam na budowie są tak nawaleni że bez użycia siły nawet nie dadzą wejść na teren budowy, a tego wolą uniakać żeby nie było zaraz gadania że ich pacyfikują. Ostatecznie tamci pewnie opowiadają jak bohatersko z komuną walczyli, a ja nadal mam problemy żeby poprawnie wyartykułować niektóre zgłoski. I zainteresowałem się nieco polityką. Ten Stan Wojenny zaowocował na moim osiedlu zakupem większej ilości psów, takich większych ras. No jasne że z powodu panów spod znaku NSZZ. Najpierw jeden z nich przeskakując płot, próbował zgwałcić moją sąsiadkę lat 14, wracającą ze szkoły. Kilka dni później kolejny bohater niepodległościowy zaatakował inną dziewczynę wracjącą ze sklepu. Krzyczał na nią - Dajesz czerwonym daj i mnie. Faktycznie, miał dziwne wyobrażenie o szesnastoletniej córce rybaka dalekomorskiego. W sumie do lata było osiem takich ataków, i parę na dorosłe kobiety niosące zakupy. Zapewne szukali zagrychy, bo o wódkę martwić się nie musieli. W sąsiednim bloku prężnie działała melina. O środki na zakup trunków nie musieli się martwić. Pomimo strajku, co tydzień, co dwa, przyjeżdżały dostawy do silosów wapna i cementu. Wieczorem pod bramę podjeżdżały rowery z wózkami, samochody i wózki ręczne i silosy momentalnie zostawały opróżnione. Wiem, bo miałem na teren budowy dobry wgląd z okna swojego pokoju. Tak właśnie zapamiętałem początki Stanu Wojennego
Komentarze
Prześlij komentarz